Holk Gdański Mały Modelarz 3/2003
Holk był jednym z najważniejszych (o ile nie najważniejszym) statków handlowych, w dziejach północnoeuropejskiej żeglugi. Typ ten był już znany w X wieku i rozwijał się równolegle z Kogą, ale nie miał większego znaczenia. Dopiero w latach 80 XIV wieku zaczyna się o nim wspominać częściej i jego nazwa pojawia się w wielu źródłach archiwalnych, aż w końcu zastępuje kogę, mniej więcej około XV w.
Odnośnie właściwości technicznych holka poglądy znawców przedmiotu są rozbieżne. Statek początków XV wieku, który określa się jako holk, łączył przypuszczalnie pewne cechy obydwu typów - kogi i holka. Proces stapiania się tych gatunków ilustruje, jak się wydaje, statek z pieczęści Gdańska z ok. 1400 r. Kadłub różni się od kadłuba dawnej kogi. Partia dziobowa wykazuje silniejszy wznios. Zamyka ją charakterystyczna stewa profilowana zewnętrznie, a wieńczy zrastający z kadłubem kasztel. W partii rufowej, niższej niż dziobowa, kasztel osiadł zupełnie na kadłubie. Rumpel jest całkiem niewidoczny i być może wbiegł do wewnątrz statku już poniżej linii relingu. Na wantach widzimy dokładnie szczeble drabinki sznurowej. Niemal identyczny wygląd ma statek z pieczęci Amsterdamu z 1418 r.
Holk był statkiem większym od kogi. Dawne kasztele zrastające się z kadłubem stają się jego organicznymi częściami i nabierając nowych funkcji (pomieszczenia prowiantowe, pomieszczenia załogi itd.) nadają jednostce specyficzny wygląd. Statek ma teraz niskie śródokręcie i wyższą rufę oraz dziób. W takiej charakterystycznej postaci przekazał nam typ holka rytownik pieczęci elbląskiej z 1424 r.

Holk został w późniejszych wiekach wyparty przez karakę, której przykładem była chociażby słynna Santa Maria, okręt Krzysztofa Kolumba.
Inspiracją do wzięcia się akurat za ten model, było pytanie pewnego modelarza, zadane na fb, odnośnie "kolejności montażu elementów". Gdy chcąc mu trochę pomóc, zacząłem się przyglądać rysunkom montażowym (nawiasem mówiąc, nie wiele większym od znaczka pocztowego), jakoś tak wyszło, że nakleiłem szkielet na tekturę, później złożyłem go "do kupy", no i poleciało... Pomimo, że mam kilka "historycznych" (z racji czasu rozpoczęcia budowy) modeli, które wypadałoby skończyć, postanowiłem zrobić sobie małe "ćwiczenie", w
celu sprawdzenia, czy jeszcze jestem zdolny do klejenia modeli. Wiecie, wzrok już nie ten i pewność dłoni też nie ta, co dziesięć lat temu...
Na początek kilka zdjęć, a później powiem Wam, co mi się nie podoba.


Pierwsze zdjęcie, nic szczególnego, pokazuje szkielet (nie skończony) od spodu, dobrze widoczne łączenie podłużnic, ponieważ tam nie ma żadnych wręg, więc nie żałowałem sobie, jeśli chodzi o rozmiar. Ma się trzymać.
Na drugim widać małą modyfikację. Wejście pod pokład, w oryginalnej wycinance jest jedynie nadrukowane. Można go jednak wyciąć, a niewielką przestrzeń za nim, pomalować na czarno. Trzeba tylko wyciąć kawałek szkieletu, żeby go nie było widać. Krawędź wejścia retuszujemy.
Trzeci obrazek pokazuje detale przedniej części szkieletu, natomiast na czwartym, zakreśliłem to, co mi się nie podoba. Otóż środkowe wręgi są szersze i to sporo, od pokładu. Na dobrą sprawę, wycięć w pokładzie mogłyby tu nie być. Te wystające "rogi", to grubość burty. Z zewnątrz mamy poszycie, a od wewnątrz burtę wewnętrzną i całość jest przykryta paskiem papieru. Obawiam się, że będzie trzeba ten pasek poszerzyć i zrobić burty nieco grubsze, żeby ten błąd zamaskować.
Żeby ta różnica mieściła się w pół, do jednego milimetra. Ale tu mamy z każdej strony dziurę dwumilimetrową, co daje błąd rzędu czterech milimetrów. No i kto mi wyjaśni, po co są wycięcia między wręgami 5 i 6, oraz 7 i 8, a także między 10 i 12, skoro tam nie ma żadnych wręgów? To jest właśnie przykład pokazujący, że projektanci nie są nieomylni, a czasami po prostu nie myślą. Istnieją modele sprzed lat, kreślone ręcznie i wszystko pasuje. Tymczasem dziś, bierzemy do rąk "opracowanie komputerowe", czysta kreska, wypasione tekstury i zaraz na wstępie okazuje się, że pokład nie pasuje do szkieletu...
C. D. N.

Komentarze
Prześlij komentarz